Szczecin na przełomie dekad cz. 1. Rozmowa z Mario Kotta.

Szczecin na przełomie dekad cz. 1. Rozmowa z Mario Kotta.

Mario Kotta to jedna z tych postaci na szczecińskiej scenie muzyki elektronicznej, która miała niewątpliwie znaczący wpływ na jej rozwój w naszym mieście. To między innymi Freak Mario swego czasu kształtował szczeciński underground. W czasach, w których szczeciński clubbing stale się rozwijał, występował wraz z przyjaciółmi jako kolektyw FamilyGroove. Powróćmy do przeszłości i porozmawiajmy o dawnych latach.

FE: Już na samym początku naszej rozmowy cofnijmy się do dekady lat 1996-2006. Opowiedz w skrócie jak wyglądała scena klubowa w tamtych latach?

Mario Kotta: Dokładnie nie pamiętam…ale musiało to wyglądać dość podobnie. Muzyka, taniec, zabawa. Z poranków natomiast pamiętam jedynie kaca. Jest jedna rzecz, którą sobie przypominam z poprzedniej dekady, wszyscy nosiliśmy ze sobą płyty winylowe – a co jest teraz w Szczecinie raczej rzadkością.

FE: Które lokale wspominasz najlepiej? W których najczęściej bywałeś, grałeś? Którzy lokalni artyści byli wtedy „na topie”?

Mario Kotta: Zdecydowanie Cafe Prawda. To było miejsce, a precyzyjniej – piwnica tej kawiarni, którą sami jako Family Groove (Mo Name, Jazzmix) wyremontowaliśmy, promowaliśmy i wspólnie organizowaliśmy tam nasze autorskie imprezy. Wszystko odbywało się pod czujnym okiem kierownika budowy – wujka Jazzmixa. Oczywiście nigdy nie zapomnę o Cafe 1966, w której stawiałem swoje pierwsze kroki jako dj.

FE: Jak wspominasz największe imprezy tamtych lat? Techno Dance Mission, Meratronik, tor kolarski, MTS, hala sportowa na Narutowicza, WDS. Jak to wyglądało? Grałeś wtedy bodajże pod ksywą Freak Mario…

Mario Kotta: Freak Mario, to moja pierwsza djska ksywa, którą nadał mi dj Skott w Koszalinie – na mojej absolutnie pierwszej imprezie, którą grałem w kinie Zacisze (hehe). To było cudowne doświadczenie: puszczałem muzykę w swoim ulubionym kinie na dzielni. Później zrezygnowałem z Freaka, ponieważ ktoś z zagranicy zwrócił mi uwagę, że słowo ma raczej negatywne zabarwienie. Wracając do tych dużych, pierwszych masowych imprez w Szczecinie, to bywałem oczywiście na wszystkich, a na niektórych nawet grałem. Jednak nie czuję jakiegoś szczególnego do nich sentymentu. Dla mnie atmosfera i jakość muzyczna budowała się na małych parkietach.

FE: Jakie były pierwsze kluby z elektroniką? I na czym polegała działalność nielegalnych klubów w tamtych czasach? Mówię m.in. o takich miejscach, jak Tama, Borófka, Virus czy Jamajka.

Mario Kotta: Z nielegalnych klubów, to Tama była miejscem, które pamiętam najlepiej. Tak właśnie się zastanawiam… jak Ci wszyscy ludzie dowiadywali się o imprezach w tamtych czasach: bez Facebooka, wydarzeń i bez tego całego wirtualnego świata, który wtedy dopiero wkradał się do naszego życia. Tamę prowadzili wtedy członkowie popularnej grupy Relanium: Tomek „Pies” i Krzysiek ‚KS”. Podczas imprez na Tamie zawsze obecny był przyzwoity soundsystem, ludzie głodni nowych dźwięków, domowa atmosfera plus porcja dobrej muzyki.

FE: Jak oceniasz publikę sprzed tych dwudziestu-kilkunastu lat? Czy była ona bardzo „świadoma” muzycznie? Czy ludzie chętniej imprezowali?

Mario Kotta: Nie mnie oceniać świadomość muzyczną kogokolwiek. Na pewno ludzie, którzy przychodzili na nasze imprezy byli duchowo, bliżej dźwięków czy przekazu, który mieliśmy wtedy do zaoferowania. Było trochę skromniej, mniej ”lansiarsko” i nikt nie robił zdjęć podczas imprez, które natychmiast trafiały na Facebooka. Co do potrzeby imprezowania, to takowa zawsze była, jest i będzie.

FE: Jaką rolę w kształtowaniu sceny klubowej odegrały takie miejsca jak Cafe 1966, Taras, Neuron, Mezzoforte? Co sprawiło, że przestały funkcjonować?

Mario Kotta: Ciężko jest mi pisać o kształcie sceny klubowej w Szczecinie, bo poza klubem City Hall nigdzie nie bywam:). Każde kluby, pokolenie mają swój czas. Tak samo było z wyżej wymienionymi miejscami, po prostu nic nie może wiecznie trwać. Tutaj jeszcze doszedł czynnik emigracji. Masa tamtej publiczności po prostu wyjechała w poszukiwaniu lepszego życia. Kiedy przeglądam zdjęcia z tamtych czasów z Cafe 1966 czy Tarasu, to wtedy dopiero zdaję sobie sprawę jak dużo wrażliwej na dobre dźwięki publiczności po prostu stąd wyjechało.

FE: A gdybyś miał porównać tamte lata do obecnych? Jakie różnice dostrzegasz?

Mario Kotta: Przede wszystkim pasja do kupowania muzyki z płyt winylowych była ogromna. Wspólne wyjazdy na tak zwane zakupy winylowe do Berlina (raz w miesiącu) były wręcz standardem. Nie ma oczywiście nic złego w puszczaniu muzyki w wersji digital, dopóki jest ona kupowana legalnie, a nie ściągana za darmo z sieci w wątpliwej jakości. Kilka lat temu jeszcze w starym City Hall organizowaliśmy koncert Jimi Tenora i on podsumował scenę klubową zdaniem: „Nowadays nobody comes to the club to listen to music but to pick up some girls”.

FE: Jakie znaczenie na rozwój szczecińskiej sceny mieli Catz ’n Dogz?

Mario Kotta: Chłopaki z Catz’ n Dogz na pewno są przykładem na to, że nawet z tak prowincjonalnego muzycznie miasta jakim jest niewątpliwie Szczecin można zaistnieć na scenie międzynarodowej. Narzekanie, że nic mi się tu nie uda – po prostu nie ma sensu. Konsekwencją, pracą i pomysłem na swoją promocję można osiągnąć naprawdę wyżyny w świecie muzyki elektronicznej. Nawet mieszkając w Szczecinie.

FE: W naszym mieście przez te wszystkie lata (od lat 90 do obecnych) wystąpiło wielu naprawdę ciekawych, znanych artystów. Także ci, którzy dopiero się „wybijali”, a teraz należą już do grona tych bardziej znanych. Jak wiele postaci jesteś w stanie wymienić?

Mario Kotta: Naszym częstym gościem w Cafe Prawda był Dixon, który teraz jest praktycznie nieosiągalny dla większości klubów w Polsce. To niewiarygodnie brzmi, że przyjeżdżał do nas i grał w piwnicy kawiarni, która mieściła jakieś 100 osób. Co więcej – po graniu nie chciał przyjąć od nas pieniędzy (!), tak bardzo podobała mu się atmosfera i absolutnie urzekli go tańczący ludzie. Pamiętam taki moment, że po zakończonej imprezie dziewczyna właściciela Cafe Prawda, Wioletta – tańczy z nim w parze do ostatniej piosenki. Ech, to były piękne, niezapomniane imprezy!

Oczywiście grały u nas inne uznane nazwiska w świecie muzyki elektronicznej, między innymi: Martin Landsky, Phonique, Daniel Paul (właściciel wytwórni Cabinet Records), Antonelli Electric , Daniel Wang, Kiki, Cle, Highfish & Diringer, Mitch… mogę wymieniać dalej, ale chyba musimy kończyć wywiad;)

Udostępnij